Pierwsze, co uderza po wyjściu z samolotu, to powietrze. Gęste, ciepłe, pachnące kurzem, spalinami i czymś jeszcze — czymś słodko-cierpkim, co później nauczę się rozpoznawać jako mieszankę kminu, kolendry i mięty. Marrakesz nie wita delikatnie. On nie pyta, czy jesteś gotów. On po prostu otwiera drzwi i popycha cię do środka.
Jestem tu dopiero od kilkunastu minut, a już mam wrażenie, że miasto mówi do mnie podniesionym głosem. Klaksony, nawoływania, szybkie rozmowy po arabsku i francusku. Rytm, którego nie da się jeszcze zrozumieć, ale który czuje się w ciele. To przypomina mi odrobinę podróż do Dubaju — gdzie aromaty kawy i przypraw tworzą niepowtarzalny klimat orientalnych miast bliskowschodnich (zobacz: „Dubaj – magiczny, pachnący kawą i przyprawami arabski świat”).
Droga do mediny
Wychodze z lotniska i po 300m wsiadam do autobusu linii L11 (masz jeszcze L12 i L18) gdzie u kierowcy płace 4 dirhamy (aktualny kurs dirhama marokańskiego (MAD) waha się w okolicach 0,39-0,395 PLN za 1 MAD czyli płace jakieś 1,6 zł). Jeżeli chcesz skorzystać z autobusu bezpośredniu z parkingu lotniskowego to pamiętaj, że L19 expres, który wlecze sie w tych samych korkach to koszt 30 dirhamów (12 zł). Po drodze mijamy nowe dzielnice, szerokie ulice, palmy, hotele. To jeszcze nie ten Marrakesz, którego szukam. Prawdziwe miasto zaczyna się dopiero tam, gdzie asfalt zwęża się, a mury rosną coraz wyżej.
Medina pojawia się nagle. Ceglaste mury, grube, surowe, wyglądające jakby stały tu od zawsze. To jak dotarcie do serca starożytnego miasta, przypominającego momentami wąskie uliczki Mdiny na Malcie — gdzie historia i codzienne życie splatają się w jedno.
Hałas się zagęszcza. Motocykle suną między pieszymi z chirurgiczną precyzją. Sprzedawcy pchają wózki, dzieci biegną boso, ktoś niesie na ramieniu dywan większy od siebie.
Medina – pierwsze zagubienie
Medina nie ma logiki, którą zna Zachód. Tu nie ma prostych ulic ani jasnych kierunków. Jest za to rytm. Zaułki skręcają nagle, zwężają się do szerokości wyciągniętych ramion, by po chwili otworzyć się na mały plac, warsztat albo targ.
Ściany są w kolorze ziemi — różu, ochry, wypalonej cegły. Nad głową wiszą kable, pranie, lampki.
Wszędzie śmigają rowery i skutery, pełna prędkość na zatłoczonej, wąskiej uliczce to standard.
Gubię się niemal natychmiast. Google Maps poddaje się po trzech minutach. Zamiast paniki pojawia się coś innego — ciekawość. Zwalniam. Zaczynam patrzeć.
Mijam mężczyznę, który naprawia metalową tacę. Obok niego starszy pan ostrzy noże na ręcznym kamieniu. Dźwięk tarcia metalu o kamień miesza się z nawoływaniem sprzedawcy pomarańczy. Zapach skór z pobliskiej garbarni uderza nagle, ciężki, zwierzęcy, nie do pomylenia z niczym innym. Za rogiem — kontratak: słodki aromat świeżych ciastek z miodem.
Ktoś dotyka mojego ramienia.
— Monsieur, riad?
Uśmiech. Pomoc. W Marrakeszu zagubienie jest normalne. Nikt nie traktuje go jak problemu.
Riad – cisza za drzwiami
Drzwi riadu są niepozorne. Drewniane, ciężkie, niemal wtapiają się w ścianę. Kiedy je przekraczam, hałas zostaje po drugiej stronie. Dosłownie. W środku panuje cisza, przerywana tylko pluskiem fontanny. Dziedziniec otwiera się ku górze. Zielone rośliny, mozaiki, światło. To jeden z największych paradoksów Marrakeszu — miasto krzyczy na zewnątrz, a milczy w środku.
Zostawiam plecak i niemal natychmiast wychodzę z powrotem. Marrakesz czeka.
Jemaa el-Fna – serce, które bije wieczorem
Plac Jemaa el-Fna zaczyna żyć naprawdę dopiero o zmierzchu. W dzień jest chaotyczny, rozproszony. Wieczorem staje się spektaklem.

Słońce powoli chowa się za minaret Kutubijji. Cienie się wydłużają. Na placu wyrastają stoiska z jedzeniem — jedno po drugim. Dym unosi się w powietrzu. Zapach grillowanego mięsa miesza się z miętą, czosnkiem, kolendrą.
Muzyka gnaoua pulsuje jak serce miasta. To doświadczenie przypomina mi nocne targi i uliczne jedzenie z innych części świata — jak to, o czym pisałem kiedyś na Ziarenko przy okazji smaków Bliskiego Wschodu i Afryki.
Nocny spacer
Po kolacji nie wracam od razu do riadu. Idę przed siebie. Medina nocą jest inna. Mniej turystów, więcej ciszy. Sklepy zamykają metalowe rolety. Światło lamp tworzy ostre kontrasty. Cienie poruszają się po ścianach.
Mijam mężczyznę, który zamiata ulicę. Robi to powoli, dokładnie, jakby nie istniało nic ważniejszego. Dwóch chłopców gra w piłkę na małym placyku. Piłka odbija się od murów, echo niesie się daleko.
Nad miastem rozlega się nawoływanie muezina. Jeden głos, potem drugi, trzeci. Nakładają się na siebie. Medina na chwilę zamiera.
Poranek – miasto budzi się od nowa
O świcie Marrakesz zaczyna się od nowa. Budzi mnie dźwięk ptaków i odległe rozmowy. Na dachu riadu piję pierwszą herbatę. Miasto jeszcze przeciąga się po nocy.
Wychodzę wcześnie. To najlepsza pora, by zobaczyć medinę bez tłumów. Sprzedawcy otwierają sklepy. Piekarnie wypuszczają zapach świeżego chleba. Kobiety niosą kosze z zakupami. Osły ciągną wózki.
Siadam na małym stołku przy ulicy. Jem chleb maczany w oliwie, miód, piję kawę. Nikt się nie spieszy. Marrakesz ma swój czas.
Pierwsze 48 godzin
Po dwóch dniach wciąż czuję się zagubiony. I dobrze. Marrakesz nie jest miastem do „zaliczenia”. To miasto do doświadczania. Do błądzenia. Do rozmów, które zaczynają się od pytania o drogę, a kończą na herbacie.
To miasto kontrastów — hałasu i ciszy, chaosu i harmonii, otwartości i tajemnicy. Atakuje zmysły, ale robi to po coś. Żebyś przestał być tylko obserwatorem.
Po pierwszych 48 godzinach wiem jedno: Marrakesz mnie zauroczył. Marrakesz mnie wciąga. A to dopiero początek.

Bardzo trafnie opisane pierwsze 48 godzin w Marrakeszu. Ten miks zapachów, hałasu i kolorów potrafi przytłoczyć, ale po czasie właśnie za to najbardziej się to miasto pamięta. Ależ bym tam wróciła…
Dokładnie tak. Marrakesz nie próbuje się nikomu przypodobać, tylko wjeżdża wszystkimi zmysłami naraz. I albo to kupujesz, albo uciekasz po dwóch dniach 😉
Czy po tych pierwszych 48 godzinach polecasz zostać w samym Marrakeszu czy raczej ruszyć dalej, np. w stronę gór Atlas albo Essaouiry?
Po dwóch dniach warto zwolnić tempo. Albo spokojniejsze dzielnice Marrakeszu, albo właśnie Essaouira czy Atlas. Samo centrum na dłuższą metę potrafi zmęczyć.
Czytałem o tym „ataku zmysłów” i potwierdzam: po pierwszym dniu zgubiłem się trzy razy, a po drugim już negocjowałem ceny jak lokals… przynajmniej w mojej głowie 😄 Świetny tekst, oddaje klimat miasta 1:1.
😂 Klasyka. Marrakesz bardzo szybko daje złudne poczucie, że już wszystko ogarniasz. A potem i tak zaskakuje na kolejnym rogu.